Znajdujesz się tutaj:   Hotel *** Restauracja Sitarska w Biłgoraju Firma Sitarska w mediach 2008 / Biłgoraj - Głosem mozna zagrać

Biłgoraj - Głosem mozna zagrać

Anna Stępniewska

 Zdecydowanie bardziej lubi koncerty kameralne niż plenerowe. Publiczność dodoaje jej skrzydeł. Nie wypiera się słowiańskich korzeni i śpiewa to, co jej w duszy gra. Uważa, że głosem można wyśpiewać wszystkie emocje, nawet krzyk. Anna Stępniewska, gdyż to o niej mowa, wystąpiła 29 sierpnia w Restauracji Sitarskiej. To był jej pierwszy koncert w Biłgoraju, promujący jej debiutancką płytę.

"Na mojej drodze".

Anna Stępniewska to wokalistka jazzowa. Ukończyła Wydział Instytutu Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach. Na swoim koncie ma kilka prestiżowych nagród i wyróżnień: jest laureatką Miendzynarodowych Spotkań Wokalistów Jazzowych w Zamościu, od 2001 jest współzałożycielką zespołu Fizz The Fire. Otrzymała również Indywidualną Nagrodę na XXXII Festiwalu Old Jazz Meeting w 2002 roku. Z kolei w 2007 otrzymała nagrodę specjalną w konkursie 43 Festiwalu Jazzowego "Jazz nad Odrą" we Wrocławiu. W 2005 wystąpiła ze swoim zespołem w sali Kongresowej przed The Brand New Heavies. Brała udział również w programie telewizyjnym "Jak oni śpiewają" jako trenerka wokalna uczestników. Do Biłgoraja przyjechała po raz pierwszy, wraz z Mariuszem Bogdanowiczem i Miłoszem Wośko wystąpiła w koncercie "Jazzowy koniec wakacji" w Restauracji Sitarskiej.

NOWa Gazeta Biłgorajska: To pierwszy Pani występ w Biłgoraju, jak śpiewało się Pani w Restauracji Sitarskiej?

Anna Stępniewska: To w ogóle jest mój pierwszy koncert od nagrania płyty (płyta finalizowala się w wakacje). Pierwsza część koncertu była dla mnie przypomnieniem, jak to jest być na scenie. Większość tego roku poświęciłam płycie, więc powrót do klubowego grania nastąpił właśnie tutaj. Koncerty plenerowe mają zupełnie inny charakter.
W klubowych publiczność jest na wyciągnięcie ręki i szczerze mówiącwolę, gdy publiczność jest tak blisko. Śpiewało mi się tutaj naprawdę fantastycznie. Cieszę się, że wracam do bezpośredniego kontaktu z publicznością.

NGB: W takim razie, ile czasu upłynęło od ostatniego Pani koncertu?

AS: Ostatni koncert zagrałam w lipcu przed Suzan Vega. Wcześniej trochę graliśmy w zimie. Ostatnie miesiące to głównie praca w studiu. Okazało się, że nawet płyta jazzowa wymaga dużego nakładu pracy, uwagi. Zajmowałam się również produkcją: zależało mi, by mieć wpływ na wszystkie elementy, które są na płycie: począwszy od zdjęć na okładce po ostateczne brzmienie piosenek.

NGB: Dlatego też w Pani muzyce dużo jest autorskich pomysłów...

AS: Staram się nie zamykać na konkretne nurty muzyczne. To jest dobre do pewnego stopnia. Zresztą często powtarzam studentom, z którymi pracuję, że warto mieć takiego idola, który nas kształci, ale w pewnym momencie musimy powiedzieć : "Stop! Jestem innym człowiekiem. Mam zupełnie inną historię. Mam inne korzenie kulturowe".
Szczególnie wokaliści jazzowi często podpierają się muzyką amerykańska, w której zrodziła się muzyka jazzowa, ale ciężko nam się odnaleźć, jeśli chcemy ją kopiować. Wydaje mi się, może się myle, ale z racji, że żyjemy w zupełnie innym kraju, mamy inne korzenie, inna muzyka nam w duszy gra, powinniśmy budować coś swojego. Do pewnego stopnia to jest dobre by się wzorować, uczyć, traktować tą naukę jak czytankę z I klasy, jako elementarz, mieć podstawy, by wiedzieć, że coś takiego jest. Muzykę zza "Wielkiej Wody" powinnyśmy traktować jak takie abecadło, na podstawie którego można tworzyc własne słowa, własna melodię.

NGB: Dlatego wybrała Pani taki a nie inny kierunek studiów? Czym ta decyzja była podyktowana?

AS: Decydując się na ten wydział, wiedziałam, że chcę śpiewać muzykę jazzową, ale nie sądziłam, że to jest aż tak szeroki temat. Wydawało mi się, że to muzyka, której główną podstawą jest muzyka swingowa, Frank Sinatra, standardy jazzowe, ale okazało się, że to początek drogi. Potem otwierają się zupełnie nowe przestrzenie. Po II, III roku studiów nastąpił taki przełom, gdzie poczułam, że mi nie wystarcza - śpiewać tylko standardy w nowych aranżacjach. Stwierdziłam, że jesli mamy coś dublować, śpiewać to samo kolejny raz - to nie ma sensu. Lepiej czasami popełniać błędy, ale robić coś swojego. I pewnie do końca życia będę poszukiwać.

NGB: Ma Pani na swoim koncie kilka znaczących sukcesów. Która z nagród, wyróżnień wpłynęła na Pani życie, która z nich jest szczególnie ważna?

AS: Najważniejszą nagrodą jaką dostałam była wygrana na Międzynarodowym Festiwalu Jazz Struggle w 2006 roku w Szczecinie. Generalnie jest on festiwalem dla instrumentalistów, ale z okazji pięciolecia odbył się również dla wokalistów. I tak trochę nieśmiało postanowiłam wziąść w nim udział. Nie śpiewam muzyki swingowej, która z zasady na koncertach jest nobilitowana przez jurorów, a byli wśród nich amerykańscy jurorzy tacy jak Judy Bady czy Billy Harper. Postanowiłam zaśpiewać swój utwór, zostało to docenione i wygrałam. To był taki przełomowy moment dla mnie. Poczułam, że warto robić coś swojego i rzeczywiście mam coś do powiedzenia skoro ludzie grający na co dzień w Nowym Jorku docenili to, co robię w takim kraju słowiańskim jak Polska. Dodało mi to skrzydeł i stwierdziłam, że podążam właściwą drogą, że to podoba się ludziom. Dla artysty to istotne. Potrzebujemy publiczności. Ważne jest jednak, by zachować równowagę między tym co robimy dla publiczności a co ze względu dla siebie, żeby nie pogubić się w tym. Wówczas łatwo o komercję.

NGB: Plany na przyszłość?

AS: Chciałabym by trasa koncertowa się rozwinęła i by w końcu wyszła moja płyta. Mam nadzieje, że tym razem maszyny drukujące nie zawiodą. Chciałam moją płytę przywieźć do Biłgoraja, ale niestety nie udało się.

NGB: Zechce Pani jeszcze raz tu przyjechać?

AS: Tak. Bardzo mi się tu podobało, szczególnie to, że publiczność była na wyciągnięcie ręki i to, że słuchała.

NGB: Występowała już Pani w tak kameralnym miejscu jak Restauracja Sitarska?

AS: Występowałam i dużo bardziej lubię lubię takie miejsca niż koncerty plenerowe. Muzyka w takich pomieszczeniach jest bardzo kameralna, wymaga słuchania. Ludzie lepiej odbierają w takich miejscach: przy świecach, gdzie spokojnie mogą wziąć drugą osobę za rękę, gdzie nie ma stadionowego klimatu. Zauważyłam, że w mniejszych miejscach, zwanych potocznie prowincją odbywają się dużo fajniejsze koncerty niż w Warszawie. Tam ludzie nie mają czasu słuchać, muzyka często jest w tle i nie odgrywa tak istotnej roli jak na koncertach poza Warszawą.
W większości małe koncerty to zupełnie inny odbiór muzyki, większa koncentracja, większa chęć słuchania. Czuje się na nich wyjątkowo, dla mnie koncerty to nie tylko przedstawienie muzyki, ale kontakt z publicznością.
Zasłuchane i zainteresowane twarze dodają mi skrzydeł.

NGB: I tego właśnie życzę Pani: by zasłuchane twarze towarzyszyły Pani cały czas oraz by jak najszybciej została wydana Pani debiutancka płyta. Zapraszamy ponownie do Biłgoraja. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marta Miszczak

NOWa gazeta biłgorajska
Nr 36 (334) 09 IX - 15 IX 2008

 

 


Powrót
Jak do nas trafiłeś?
Ze strony internetowej
Ulotki i reklamy
Inne
Z polecenia znajomego
Portal rezerwacyjny
Ta strona korzysta z plików cookie. Korzystamy z plików cookies zapisujących dane użytkownika. Przeglądając naszą stronę wyrażasz zgodę na ich używanie. Według obecnie obowiązujących przepisów prawa możesz je wyłączyć zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej »
zamknij